Nikołaj położył wędzone żeberka na swojej półce w lodówce i zatrzasnął drzwiczki.
— Posłuchaj, Wiera, od jutra żyw się sama. Ze swoich pieniędzy. Połowę pensji wysyłasz synowi, a ja mam was oboje karmić?

Stałam przy kuchence z pustym garnkiem w rękach.
— Mówisz poważnie?
— Jak najbardziej. Ja zarabiam swoje pieniądze, ty swoje. Chcesz pomagać synowi — pomagaj, tylko nie moim kosztem.
Odwrócił się i poszedł do pokoju z talerzem, na którym było mięso, smażone ziemniaki i sałatka.
Spojrzałam na swój pusty garnek, potem na lodówkę.
Po lewej — jego terytorium: pasztet, droga kiełbasa, importowany ser, oliwki.
Po prawej — moje: paczka paluszków krabowych i trzy jajka.
Pracowałam jako kasjerka, a pensja szła na opłaty i pomoc dla syna.
— Słuchaj, a czemu ty tak schudłaś? — krzyknął z pokoju Nikołaj tydzień później, kiedy przechodziłam obok z kubkiem herbaty.
— Jakaś dieta czy co?
Milczałam.
Doskonale widział, co jem.
Makaron bez masła, bo masło się skończyło, a na nowe nie było pieniędzy.
Siedział na kanapie, żuł wędzoną pierś i oglądał telewizję.
— Postne menu dla oszczędnych, to nawet zdrowe! — roześmiał się i włożył do ust kolejny kawałek mięsa.
Odwróciłam się i wyszłam do kuchni.
Usiadłam na stołku i patrzyłam w okno, dopóki ręce nie przestały mi drżeć.
Po trzech tygodniach Nikołaj ogłosił jubileusz.
Pięćdziesiąt lat — solidna data.
— Zaproszę jakieś piętnaście osób. Chłopaków z garażu, ludzi z pracy, szef przyjdzie. Stół nakryjesz, oczywiście.
Wycierałam okruszki ze stołu.
Nie odwróciłam się.
— Za jakie pieniądze?
— Za swoje. Jakie pytania? Ty jesteś gospodynią czy kim? A może chcesz, żebym przed ludźmi wyszedł na pośmiewisko?
Ścierka w moich rękach była mokra i zimna.
Wciąż szorowałam stół, chociaż był już czysty.
— Dobrze, Nikołaju. Nakryję stół.
Mruknął z zadowoleniem i wyszedł.
A ja zostałam stać w kuchni i patrzeć na tę ścierkę w rękach.
W środku coś się urwało — cicho, prawie niezauważalnie, jak nitka, którą długo się ciągnęło.
W dniu jubileuszu Nikołaj od rana kręcił się przed lustrem, poprawiał koszulę, psikał się wodą kolońską.
O szóstej zaczęli przychodzić goście.
Faceci z butelkami, z głośnymi głosami, z uściskami dłoni.
Nikołaj rozkwitł, przyjmował życzenia, klepał wszystkich po ramieniu.
— A gdzie gospodyni? — zapytał jego szef, tęgi mężczyzna z krótką fryzurą.
— A tam, jeszcze gotuje! U mnie to złota kobieta, wszystko sama, własnymi rękami. Stół nakrywa jak należy!
Stałam w kuchni i słuchałam.
„Złota kobieta”.
„Jak należy”.
Wzięłam duży garnek i wyniosłam go do pokoju.
Postawiłam go prosto przed Nikołajem, na środku stołu.
Goście zamilkli.
Nikołaj spojrzał na garnek, potem na mnie.
W środku leżał rozgotowany makaron, najtańszy, posklejany, szary.
Obok położyłam paczkę soli.
— Wier, co ty wyprawiasz? — jego głos był zdezorientowany.
— To wszystko, na co mnie stać. Trzy miesiące temu Nikołaj zdecydował, że od teraz żywię się sama. Z własnej kieszeni. Pracuję jako kasjerka. Pensja starcza na opłaty, które płacę sama, i na pomoc dla syna. Kiedy ja jadłam to — wskazałam na garnek — Nikołaj każdego wieczoru siedział z wędzonymi żeberkami i drogą rybą. Mówił, że to zdrowa dieta dla oszczędnych.
Cisza była taka, że słychać było, jak w kuchni kapie kran.
Szef powoli odłożył widelec.
Jeden z mężczyzn odsunął się od stołu.
— Wiera, zamknij się natychmiast! — Nikołaj zerwał się, a jego twarz poczerwieniała. — Co ty w ogóle wygadujesz?!
Wyjęłam z kieszeni fartucha złożone rachunki i położyłam obok garnka.
— Opłaty za mieszkanie z ostatnich trzech miesięcy. Wszystkie na moje nazwisko. Wszystkie opłacone przeze mnie.
Szef wziął jeden rachunek, spojrzał na niego, a potem powoli przeniósł wzrok na Nikołaja.
— Kolia, naprawdę trzymałeś swoją żonę… na samym makaronie? A sam jadłeś normalnie?
Nikołaj otworzył usta, ale słowa utknęły gdzieś w środku.
Patrzył na mnie, a w jego oczach była złość, panika i coś jeszcze — zrozumienie, że wszystko właśnie się zawaliło, przy wszystkich.
— Ona kłamie! Ona wydaje pieniądze na syna, a ja mam za wszystkich…
— Kolia, zamknij się — powiedział ktoś z mężczyzn siedzących z brzegu. — Po prostu już się zamknij.
Położyłam na stole klucze od mieszkania.
Metal zadźwięczał o drewno.
Potem odwróciłam się i poszłam do przedpokoju, gdzie od rana stała moja walizka.
Trochę rzeczy, dokumenty, trochę odłożonych pieniędzy.
— Wiera, stój! Dokąd idziesz?! — głos Nikołaja przeszedł w krzyk.
Nie odwróciłam się.
Wzięłam walizkę i otworzyłam drzwi.
— Chyba już pójdę — usłyszałam głos szefa. — Święto się nie udało.
Odgłos odsuwanych krzeseł, szuranie nóg, przytłumione głosy.
Ktoś cicho zaklął.
Zamknęłam za sobą drzwi i zeszłam po schodach w dół.
Na zewnątrz było chłodno, ale nie zmarzłam.
Walizka była lekka, w środku tylko to, co najpotrzebniejsze.
Zatrzymałam się przy wejściu do klatki i odwróciłam się.
W oknach mieszkania paliło się światło.
Wyobraziłam sobie, jak Nikołaj stoi pośrodku pustego pokoju przed stołem z garnkiem makaronu i rachunkami.
Telefon zawibrował w kieszeni.
Nie spojrzałam — wiedziałam, że to on.
Ale nie było sensu odbierać.
Przyjaciółka czekała na mnie u siebie, uprzedziłam ją jeszcze tydzień wcześniej.
Poszłam w stronę przystanku.
Telefon znowu zawibrował, a potem jeszcze raz.
Wyjęłam go i wyciszyłam dźwięk.
Nie chciałam już niczego stamtąd słyszeć.
Niech teraz je swoje żeberka w samotności i sam dzieli lodówkę ze sobą.
A ja już nie będę patrzeć, jak żuje przed telewizorem, podczas gdy ja dławię się makaronem.
Autobus przyjechał szybko.
Usiadłam przy oknie i zamknęłam oczy.
Przede mną było nie wiadomo co, ale to nieznane było moje.
Tylko moje.
Nie było w nim Nikołaja z jego wędzonkami i pogardliwym uśmiechem.



